Skandal w Polskim Klubie – Ashfield

Polish Club Ashfield Wiadomosci

Zrodlo zdjecia Wikipedia: Dr Roman Korban

Ambicje Prezesa Borysiewicza za społeczne pieniądze?

Dr Roman Korban urodzony 1927 r. na Huculszczyżnie, w tym obszarze i na Podolu brał udział w ruchu oporu. Po wojnie zetknął się ze sportem, któremu zaprzedał się z racji zamiłowania, jak i później zawodowo. Jako reprezentant Polski, czterokrotnie zdobywał tytuł mistrza kraju w biegach na średnich dystansach i raz tytuł Akademickiego vicemistrza świata w biegu na 800 m. Po zakończeniu kariery zawodniczej był szefem szkolenia Polskiego Związku Lekkiej Atletyki. Autor kilku książek m. in. Historia piłkarskiego klubu Polonia Plumpton, Australia ziemia obiecana czy pułapka, broszur, doniesień prasowych i radiowych.

Dramatyczne koleje losu, nieznajomość języka wykluczająca towarzyskie kontakty ze środowiskiem anglojęzycznym, samotność, tęsknota za swojską atmosferą, jadłem, rozrywką, sprawiły, że wczesne fale emigracji garnęły się do polskich stowarzyszeń, organizacji i klubów. Pierwsza grupa Polaków przybyła do Sydney na statku Strathnaver 1948 r., byli to żołnierze I Korpusu Generała Andersa, bohaterowie spod Monte Casino, Dywizji Spadochronowej generała Maczka oraz ponad 200 lotników w latach wojny broniących nieba nad Anglią. W latach 1949-51 przybyły duże transporty z Niemiec i wkrótce w Sydney doliczano się ok. 30 tys. „dipisów” polskiego pochodzenia. Zastali tu tylko kilka zasiedziałych rodzin polskich, m. in. rodzinę Kaczanowskich, którzy w 1925 r. uciekli z Rosji. Z tytułu zaangażowania społecznego pracy z młodzieżą, do pani  Kaczanowskiej przylgnął zaszczytny tytuł „Matka Polka”, z kolei mąż wziął udział w innym przedsięwzięciu, któremu patronowała flaga polska. Po I wojnie światowej początek niepodległej Polski, to narodziny wszystkich dziedzin politycznych, społecznych, kulturowych w życiu narodu. Z czasem pojawiło się zainteresowanie pływaniem pod żaglami, wszak uzyskaliśmy spory odcinek bałtyckiego wybrzeża. W 1932 r. spore zainteresowanie wzbudziła pierwsza samotna wyprawa L. Szwykowskiego z Gdańska do Bornholmu i z powrotem. W tym roku, na czyn szalony zdobył się gdyński harcerz W. Wagner, który na starej prymitywnej „Zjawie” pod polską banderą wypłynął w podróż dookoła świata. W drodze łódź rozpadła się ze starości, lecz uparty żeglarz popracował, kupił „Zjawę II”, którą dopłynął do Sydney. Tu znów zaistniała konieczność zmiany łodzi na „Zjawę III”, lecz w tej transakcji wydajnej pomocy finansowej udzielił mu wspomniany tutejszy patriota T. Kaczanowski, zaś spiżarnię na dalszy rejs wyposażyła mu nieliczna uboga Polonia. Wybuch II wojny  światowej zaskoczył nieustraszonego żeglarza w Londynie, gdzie przywdział mundur polskiego marynarza. W Sydney po II wojnie światowej zaczęły powstawać stowarzyszenia społeczne, kluby, parafie, a w ich ramach sobotnie szkoły polskie, biblioteki, harcerstwo i organizacje byłych żołnierzy. W swej działalności początkowo korzystano z domów prywatnych, z czasem jednak liczba członków, ich wzrastająca aktywność organizacyjna stworzyła potrzebę zakupu własnego dachu nad głową.

W tej materii największą inicjatywę przejawiał redaktor Wiadomości Polskich Jan Dunin Karwicki. W tym celu utworzona została w 1951 r. Spółdzielnia Dom Polski, im. Pawła Strzeleckiego. Zarząd spółdzielni przewidywał, że kapitał potrzebny na taki zakup wyniesie 20 tys. funtów i postanowił zebrać tą sumę przez przedsprzedaż 4  tys. udziałów o wartości 5 funtów każdy. Początkowo nie był to więc bezzwrotny datek, a udział finansowy upoważniający do własności posesji w wysokości wkładów. W czasach owych 5 funtów to był znaczny kapitał. Jeśli zważyć, że wygnańcy nie tak dawno przybyli do Australii goli i bosi, i trzeba było urządzić sobie życie, w kraju rodzina oczekiwała na pomoc, tu organizacje stale wzywały do wsparcia różnych inicjatyw, to zebranie tej sumy do łatwych zadań nie należało. W końcu hasło „Kup udział Domu Polskiego i dopilnuj aby kupili inni – to nakaz chwili”; dotarło do społeczeństwa, blisko 20 tys. funtów zebrano i dom 1956 r. otworzył swoje gościnne podwoje. Jednak to osiągnięcie problemu na długo nie rozwiązało, bo rozwijające się organizacyjne życie wymagało znacznie większej powierzchni, bowiem rocznice narodowe, manifestacje przeciwko PRL odbywały się gdzie popadło. Zaczęto marzyć o większym klubie, a jego projektem  w 1962  r. zajęły się 3 organizacje:

Stowarzyszenie Kombatantów, Lotników, Armii Krajowej i Koła Polek, które w tym wysiłku dzielnie sekundowało. Ogłoszono nową zbiórkę, która szła kulawo, bo rywalizowała z wzniosłym celem, budową naszego pięknego kościoła w Marayong, który został spłacony, z czego można być dumnym. Po odmowie kilku banków na udzielenie pożyczki, zwrócono się z prośbą do polonijnych organizacji w Cabramatta, Bankstown i Blacktown o wsparciu inicjatywy, niestety po tygodniu przyszła odpowiedź odmowna. Organizacje te operowały mizernymi funduszami, które z trudem pokrywały własne potrzeby. Ostatecznie znaleziono bank, otrzymano pożyczkę i z wysiłkiem wiążąc koniec z końcem roku 1966  oddano klub do użytku. Jednak od samego początku spłacanie długów obciążało budżet klubowy i zarząd zawsze miał problemy z uregulowaniem obowiązujących należności z tytułu własności.

A hojna patriotyczna Polonia?

Gazety polskie zawsze zamieszczały długie listy ofiarodawców, na których najwięcej miejsca zajmowały nazwiska i pozycja – 2 dolary. Ale nie spieszmy się z kwaśną ocena tego faktu. Czasy PRL-u obfitowały w prośby o donacje na przeróżniejsze cele, a ich liczba sięgała blisko 100 tytułów. W kraju na różne cele charytatywne, własną rodzinę, krewnych, w świecie na rząd emigracyjny, polskie lokalne potrzeby społeczne, jak też australijskie, od których Polonia nie stroniła, plus spłata na własny dom zmuszała do zachowania dyscypliny finansowej. A zbiórki odbywały się zawsze i wszędzie z męczącą częstotliwością. Nadto pieniądz miał inną wartość, zarobki odbiegały od dzisiejszych pułapów, zimna wojna chłodziła optymizm, a mimo to jak mu wypominano, niewykształcone pokolenie „Kolumbów” pozostawiło po sobie świadectwo świętego patriotyzmu, godne najwyższego uznania i szacunku. Zresztą wkrótce, gdy wychodźstwo stanęło na twardym gruncie nie szczędziło pomocy polskim klubom, m. in. w Ashfield udzielając pożyczek sięgających dziesiątki tysięcy dolarów. W tej sytuacji w latach 1950-70 społeczeństwo z ogromnym trudem i poświęceniem oddało do użytku Polonii następujące inwestycje:

1) Dom polski                                                                                                 Ashfield          1956 r.

2) Cmentarz Polski                 wydzielony obszar katolicki                           Roockwood    1962 r.

3) Kościół Polski                                                                                             Marayong        1966 r.

4) Klub Polski                                                                                                 Ashfield          1966 r.

5) K.S. Polonia                        zawiązana już około 1950 r., a we

własnym ośrodku z boiskiem w

Plumptom, piłkarze i inne organizacje

znalazły się około                                                                   1970 r.

6) Dom Dziecka                                                                                              Marayong

7) Dom Emeryta                                                                                             Marayong

8) Bielany                                leśny ośrodek wypoczynkowy dla

młodzieży (80 km od Sydney)

Warto dodać, że jednoczeniu się wychodźstwa polskiego w Sydney od samego początku patronowały stowarzyszenia weteranów wojennych żołnierzy – lotników z bitew o niebo angielskie, bohaterów spod Monte Casino i Tobruku, którzy wraz z ich dowódcą pułkownikiem Raciąskim osiedlili się w Australii. Ponadto na Antypody dotarła grupa polskich dyplomatów z Japonii, Chin, i urzędujących w Canberze.

Jednak najwyższej rangi i najbardziej znanym był gen. Juliusz Kleeberg, któremu bez zwłoki powierzono funkcje Prezesa Rady Naczelnej Polonii Australijskiej.

Następnymi autorytetami byli:

2) Sylwester Gruszka              dyplomata w randze ministra.

3) J. Dunin Karwicki              wydawca Wiadomości Polskich.

4) Józef Drewniak                   weteran, pierwszy wprowadził polskie słowo na antenę australijską,

znany śpiewak operowy.

5) Alfred Poniński                   dyplomata, dziennikarz.

6) Ryszard Krygier                 polski Żyd, głęboko związany z Polonią, wydawca miesięcznika

Quadrant.

7) W.G. Wojak                        doradca rządu federalnego do spraw etnicznych, Prezes klubu

w Ashfield.

8) Komandor Jan Francki       były dowódca łodzi podwodnej.

9) Ryszard Treister                  weteran, ranny pod Narwikiem, w ramach rehabilitacji przeleżał

20 miesięcy w londyńskim szpitalu.

10) W.W. Węglewski             Prezes Stowarzyszenia Lotników.

Nadto wielu innych zacnych, szlachetnych patriotów, najczęściej weteranów wojennych, którzy w tutejszych organizacjach, klubach, stowarzyszeniach poświecili znaczną część życia na utrzymanie polskości w Australii, wsparcie naszego rządu emigracyjnego w Londynie i walkę z reżimem komunistycznym w kraju.

Prezes Ryszard Borysiewicz przybył do klubu na bazie gloryfikowania własnych osiągnięć z czasów młodości, kiedy to w towarzystwie … Skarżyńskiego w latach 1984-5-6 prowadzili dyskotekę przynoszącą dochody, za co, w rocznych sprawozdaniach klubowych gratulowano im za te dokonania. Wszelako ranga tej inicjatywy spadła do zera, kiedy to klub ukarano kwotą 1350 dolarów, za niedozwoloną masową obecność niepełnoletnich na tych imprezach.

1990 r. w gronie dyrektorów klubu grasował Andrzej Michalik (Finance Broker), który w terminie późniejszym za finansowe matactwa 2 i zdaje się 3 razy skazany został na karę więzienia. 1992 r. na liście dyrektorów klubu widnieje nazwisko Andrzeja Borysewicza pełniącego funkcję Police Officer. Rok później na liście członków zarządu pojawia się nazwisko Ryszard Borysiewicz jako Financial Adviser. W czasach bieżących obecny prezes szeroko propagował hasła mające mu zapewnić autorytet i zaufanie u członków klubu opowiadając wszem i wobec, że w czasie służby wojskowej w Australijskich Siłach Zbrojnych przeszedł szkolenie, które głęboko wrosło w jego naturę jako społeczne cnoty, bezgraniczną uczciwość, sprawiedliwość i prawdomówność. Obiecywał solennie, że będzie stał na gruncie australijskiego prawa i klubowej konstytucji, i cały swój talent, zalety wyniesione z wojska poświęci dla organizacji, której prezesuje i w ogóle polonijnej diaspory w Sydney.

Tę mocno polukrowaną część swojego życiorysu w podobnej wersji powtarzał w pismach, które początkowo często wysyłał do członków informując, że klub znajduje się w ciężkiej sytuacji finansowej, ale zapewniając buńczucznie, że podejmie szeroko zakrojoną ofensywę, żeby tę sytuację zmienić na lepsze.

 

W jego pierwszej ofensywie znalazło się małżeństwo Sylwia i Jacek Gnych prowadzące restaurację klubową (500 dolarów za jej wynajem 3 dni w tygodniu), których bez wiadomych przyczyn początkowo zaczął gnębić w brutalny sposób. Pomimo, że w czasie tej napaści, raczej flegmatycznego usposobienia restaurator, nigdy nie zdobył się nawet na najmniejszy odruch agresji (nie licząc łez żony), ani ze strony oburzonych klientów, prezes Borysiewicz na pomoc kilkakrotnie wzywał policję. Klub obiegła fałszywa plotka, że prezes „ma plecy w osobie brata funkcjonariusza policji w Ashfield”, której prezes nigdy nie prostował, a wręcz przeciwnie, w sposób impertynencki powtarzał „ze mną jeszcze nikt nie wygrał”.

To było rozumiane przez wielu członków, że może liczyć na pomoc i tych autorytetów – skuteczny straszak społeczny.

Na cel jego zabiegów w wojnie z restauratorem nie trzeba było długo czekać. Obok licznych błazeńskich wybryków, niegodnych społecznego działacza, prezes zlikwidował dotychczas działający „podkomitet restauracyjny”, a prowadzenie tego biznesu powierzył własnej rodzinie. A co na to conflict of interest?

 

Po tym zabiegu, prezes osobiście zajął się propagowaniem sukcesów nowych właścicieli restauracji klubowej. W pismach do członków podkreślając o wzroście zamówień na pierogi, kotlety, rzadziej golonki, i związanych z tym dochodów, które miały zasilić budżet klubowy, nie ukrywając radości, że to wiązało się z jego zobowiązaniem wyborczym. W tych manewrach zachęcał do brania udziału w życiu klubowym, zamierającym od czasu jego prezesury, obiecując dalsze sukcesy w tej sprawie. Nie zauważył przezornie, że Bal Sylwestrowy odbywany zwykle, wypełnione  po brzegi sale zamiast zarobku przyniósł 3 tys. dolarów straty. Drugi prestiżowy Bal Rady Duszpasterskiej mający wieloletnie historie został po raz pierwszy odwołany.

 

Natomiast blisko 100 członków zniechęconych napiętą atmosferą, wzmagającą liczbą konfliktów i brutalna metoda ich rozstrzygania, nie odnowiło członkowstwa w klubie.

Tak więc podczas gdy sklepy, firmy, korporacje, kluby wyglądają, zapraszają, wabią klientów i tu konkurencja jest ostra, bezwzględna, prezes ze swoim posłusznym zarządem niefrasobliwie wynalazł metodę, aby napływ członków do jego folwarku na 75 North Street zmniejszyć do zera. W tym celu w Demokratycznej Australii, w Demokratycznym Polskim Klubie Ashfield, z inicjatywy prezesa Ryszarda Borysiewicza powstała „czarna lista” prawowitych obywateli Australii pochodzenia polskiego, nie podejrzanych, nie karanych w Polsce ani w Australii, których się wyrzuca z tej organizacji lub przyznaje ograniczone prawa tzw. Associate member. W korespondencji w tej sprawie władze klubowe podkreślają z naciskiem, że tej kategorii członek nie ma prawa głosu na Zebraniu Wyborczym. Tę politykę zarząd kontynuuje i to w stosunku do nowej, młodszej generacji z okresu solidarnościowego, która w niedalekiej przyszłości winna przejąć zarządzanie majątkiem klubowym.

 

A oto lista członków, których prezes podejrzewa, o nieprzyjazne zamiary w stosunku do jego polityki:

Mrs. Maria Baczyński, Mrs. Krystyna Bator, Mr.  Ryszard Bator, Mr. Jacek Baran, Mrs. Maria Berent, Mr. Marian Berent, Mr. Łukasz Błaszczyk, Mr. Andrzej Borecki, Mrs. Anna Czuper, Mr. Ireneusz Czuper, Mr. Józef Drewniak, Mr. Sławomir Dunajewski, Mr. Piotr Durczak, Mr. Ryszrd Dzieżba, Mrs. Ewa Elep, Mrs. Joanna Fenik, Mr. Piotr Fenik, Mrs. Sylwia Gnych, Mr. Jacek Gnych, Mrs. Elżbieta Gogacz, Mrs. Kinga Grus, Mrs. Joanna Gumienna, Mr. Maciej Gumienny, Mrs. Olga Jabłonska, Mr. Maciej Jarysz,  Mr. Wacław Jagoszewski, Mrs. Magdalena Jaruga, Mr. Wojciech Kapturski, Mrs. Małgorzata Kern, Mr. Mark Kern, Mr. Amdrzej Kisiel, Mrs. Hanna Kossowska, Mrs. Aneta Książek, Mrs. Barbara Kubiak, Mr. Bernard Kubiak, Mrs. Ewa Kuras, Mr. Marcin Kuras,  Mr. Marcin Kurek, Mrs. Beata Kurzup, Mrs. Ada Leszczyńska, Mr. Jacek Leszczyński, Mr. Tadeusz Macioch, Mr. Alek Malchewski, Mrs. Alina Malchewski, Mrs. Iwona Musiał, Mrs. Marcelina Narloch, Mr. Janusz Nawrocki, Mr. Peter Olek, Mr. Dariusz Plust, Mrs. Anna Rzewnis, Mr. Grzegorz Rzewnis, Mrs. Emilia Szczerbiak, Mr. Sten Stankowski, Mrs. Beata Stankowska, Mrs. Grazyna Stasiak, Mrs. Edyta Storos, Mr. Nathan Storos, Mrs. Barbara Stozek, Mr. Michał Stozek, Mrs. Joanna Sztandera, Mr. Marcin Sztandera, Mrs. Anna Szwajda, Mr. Zbigniew Szwajda, Mr. Radosław Szymański, Mr. Kamen Tsoner, Mrs. Magdalena Tsoner, Mrs. Henryka Walkiewicz,  Mr. Edward Wawrzyczny, Mrs. Maria Wawrzyczny, Mr. Wojciech Wawrzynski, Mrs. Oliwia Wolak, Mrs. Teresa Wolak, Mr. Gregory Wozniak, Mr. Grzegorz Zwolak, Mr. Stanisław Żak.

 

Weźmy jako przykład wieloletnią najhojniejszą sponsorkę klubową i wszystkich akcji społecznych, jednocześnie lekarza sprawującego opiekę nad Lokalną Polonią, Dr K. M. Łukaszewicz. Tu światły prezes, z praktyką jak szkolić rekrutów, w jednym z listów do niej, utrzymanych w sądowym tonie, podkreśla historyczną rolę, jaką spełnia w klubie, gdzie z upoważnienia nieba, wyborców dźwiga ciężar władzy, co go zmusza do wyrażenia niezadowolenia z jej społecznej postawy i opinii prezentowanej o klubie.

Dalej w sposób uwłaczający społecznej organizacji, w liście wyznaczył jej termin spotkania w klubie, w celu rozpatrzenia sprawy. Na to przyznał jej 10 min., na złożenie wyjaśnienia swego poglądu, bądź złożenia go na piśmie w dziewięciu egzemplarzach, a dziesiąty do akt klubu. Jednak jej pismo, dodaje, nie zwalnia jej ze spotkania z zarządem, który przed podjęciem decyzji domaga się osobistej z nią rozmowy, i w zależności od jej treści, podjęcia dyscyplinującej decyzji. W ożywionej korespondencji, z popularnie zwaną dr Kają, prezes z zarządem zarzucali jej, że chce zniszczyć klub. Drogą do tego miało być nie tylko zachęcanie swego licznego otoczenia do zapisywania się do organizacji, lecz bez uzgodnienia z zarządem opiniowanie ich jako osoby godne do wciągnięcia je na członków klubu. Oskarżano ja ponadto, że w procesie sądowym, jaki wytoczył klubowi nieprawnie wyrzucony restaurator, udziela jemu pomocy finansowej. W tej atmosferze, na jednym z masowych zebrań klubowych, dr Kaję napastowały w ordynarny sposób matka prezesa Borysiewicza Marianna i siostra Danuta, bez absolutnej reakcji ze strony prezydium, wyzywały ja od „K”, wyśmiewały jej kalectwo, oskarżały o okradanie pacjentów w czasie domowych wizyt oraz podważały jej uprawnienia fachowe. W prezydium na publicznym zebraniu, w obronie członka z „czarnej listy” nikt nie kiwnął palcem w bucie.

 

Józef Drewniak (1924-2015) zmarł w wieku 91 lat. Był najstarszym, najbardziej zasłużonym emigrantem, najwyżej nagradzanym przez Rząd Emigracyjny w Londynie, Rząd urzędujący w Warszawie jak i przez lokalne organizacje polonijne w Australii.

Przybył do Australii 1948 r. z grupą żołnierzy II Korpusu i od zarania pobytu na tej ziemi był członkiem klubu Polskiego w Ashfield. Był pierwszym, który bez żadnej pomocy, w urągających warunkach wprowadził na antenę radiową polskie słowo. Obok tych obowiązków był znanym śpiewakiem operowym występującym z światowej klasy Luciano Pavarottim i Australijką Joan Sutherland. Wielokrotnie występował w filmach, nagrywał patriotyczne pieśni w setkach egzemplarzy i rozdawał Polskim szkołom sobotnim i mieszkańcom domów Spokojnej Starości. W tych rozlicznych obowiązkach był przede wszystkim społecznikiem uczestniczącym w wielu inicjatywach charytatywnych polsko-australijskich. Nade  wszystko we wczesnym okresie powojennym oddawał niecodzienne usługi kościołowi, polonijnym organizacjom i rodakom. Był to okres, kiedy polska gazeta należała do rzadkości, telefon czy samochód przywilejem bogatszych i wszystkie wieści wymieniano pod kościołem, co absorbowało czas. Bez jego radia wszystkie organizacje, imprezy, traciłyby połowę uczestników. Nadto Drewniak regularnie powiadamiał w terminie o ślubach, pogrzebach, urodzinach, awansach studenckich, dyplomach, dziesiątki setki, tysiące razy, za co Polonia winna mu szacunek. Jego antena stanowiła centrum walki z reżimem w PRL, broniła więźniów politycznych w sprawie Solidarności, organizowała pomoc dla kraju. Specjalną uwagą i staraniem poświęcał  wizytom wybitnych ludzi, wśród których nasz papież Jan Paweł II zajmował szczególne miejsce. Ostatnio w związku ze stałym napięciem w klubie Polskim w Ashfield wzmożonym od czasu prezesury R. Borysiewicza, pan Józef został zaproszony na rozmowę z prezesem, Przyszedł do klubu w wieku 91 lat, po chorobie i tuż po operacji, o lasce. Jednak cierpiący na stalinowską chorobę, zwaną kult jednostki, prezes, siedział w sekretariacie i nie kwapił się na spotkanie. Znacząca liczba członków podejrzewa, że celowo wysłał zbira, członka zarządu Zbigniewa Slomowskiego, który fizycznie napadł na sędziwego chorego działacza. Przed dalszym molestowaniem uratował Drewniaka wydawca Expresu Australijskiego Marek Weiss. Incydent ten głęboko wzburzył szerokie kręgi Polonii przekonanej, że głęboka depresja jaką przeżył ten już słaby lecz dbający o swój honor człowiek, przyspieszyła jego śmierć. Tym bardziej, że ani prezes ani sekretarz klubu Eleonora Paton ani inni członkowie zarządu nie zdobyli się nawet na jakiś gest ubolewania, złagodzenia przygnębiającego nastroju. A może sprawca napadu zasłużył na jakąś reprymendę? Może ktoś pofatygował się z chorągiewką na cmentarz? Nic o tym nie wiadomo Murzyn zrobił swoje.

 

Członkowie i osoby towarzyszące odwiedzający klub, nie są gośćmi prezesa Borysiewicza, lecz wielopokoleniowej społecznej wspólnoty polonijnej, która przez lata zapracowała na ośrodek.  Klub jest ekonomiczną jednostką, jego istnienie zależy od liczby i aktywności członków, i dlatego sztuczne, administracyjne ograniczanie ich napływu, minimalizowanie uprawnień, każdy sąd uzna jako ewidentne działanie na szkodę tej organizacji.

Klub jest dorobkiem starszych pokoleń, dowodem ich ogromnych osiągnięć, świadectwem troski o zachowanie polskiego ducha wśród ich następców. W Ashfield cierpiący na manię wielkości prezes, z pogardą odnosi się do tych z „czarnej listy”, których podejrzewa o nielojalność do własnej osoby. Pod obcas bierze młodsze roczniki perspektywiczne, jak również emerytów zżytych z klubem od lat. Utrata kontaktu z bliskim sobie środowiskiem bądź degradacja do rangi Association Members pozbawiającym ich prawa głosowania traktują jako krzywdę i poniżenie. A przypadków degradacji jest wiele, bo blisko 80 członkom odmówiono pełnoprawnego statusu, a proces negatywnej selekcji nie został zakończony. Znaczącą rolę prokuratorską spełnia skutecznie pani Hanna Geras (dotychczas ceniona działaczka społeczna), która przebadała szereg osób, sprawdzając ich przydatność dla polityki prezesa.

Jeden z wielu tego rodzaju przypadków obrazujących reżym jakim obecny zarząd posługuje się wobec swoich członków, opisała Pani Maria Baczyński. Emerytka, osoba samotna, wieloletni członek, niegdyś prowadząca restaurację klubową, w której na stolik czekało się w kolejce. Po dłuższej nieobecności w Sydney, złożyła wniosek o wznowienie członkostwa otrzymując legitymacje pełnoprawnego członka nr 243. Jako pełnoprawny członek przyszła na zebranie informacyjne, gdzie p. H. Geras nie pozwoliła jej podpisać listy obecności mówiąc, „Pani nie może być na tym zebraniu, bo Pani jest na czarnej liście klubu”. Nie chciała wytłumaczyć co to jest „czarna lista”, a kiedy przy poparciu przyjaciół odmówiła wyjścia z sali, p. H. Geras na pomoc wezwała kierownika klubu L. Romanowskiego, który wyjaśnił, że to jest decyzja prezesa Borysiewicza. Kiedy znów odmówiła, na chwilę przyszedł również prezes powtarzając polecenie, ale gdy zażądała rozmowy z policją, p. H. Geras po ponownej konsultacji z prezesem pozwoliła pozostać podkreślając, że jest to ostatni raz. Rok później ponownie trafiła na zebranie, tym razem wyborcze, gdzie znów p. Geras zagrodziła jej drogę ze słowami „Pani tu nie wejdzie, bo prezes sobie tego nie życzy, i niech Pani tu nie stoi, bo i tak panią nie wpuścimy”. I znów p. Geras wyganiała ją powtarzając „To jest decyzja Prezesa i tak będzie jak on chce”. I ponownie p. Geras konsultowała sprawę z prezesem, który pozwolił jej pozostać ostatni raz, ale nie zabierając głosu. Przez przyjaciół została poinformowana, że to traktowanie zawdzięcza osobom, które poparły jej wniosek o przyjęcie do klubu, a których nazwiska znajdują się na „czarnej liście”. W tej sytuacji p. M. Baczynski przyjęła legitymację Association Members. Wydarzenie to, a jest ich dużo więcej wskazuje, że w Polskim Klubie Ashfield od czasu panowania prezesa Borysiewicza, policyjny, reżymowy system zarządzania znalazł dobrą glebę. Zakazy te dotyczą nie tylko osób, lecz również organizacji, z której Polonia powinna być dumna. Jedyny na naszym terenie Teatr Fantazja zaprzestał występów w Ashfield, bo prezes przedkłada, po kryjomu przed społeczeństwem, wydawać pożyczki obciążające długi klubowe ponad sztukę. Wydarzenie to analizować warto z socjologicznego punktu widzenia. Pani Baczyński jest postacią powszechnie znaną społeczności lokalnej, m. in. zna ją zasłużona społecznica p. Geras, której mąż był 4 razy prezesem tej organizacji, a jeszcze więcej lat pełnił tam inne funkcje.

Państwo Gerasowie, zresztą i inni członkowie zarządu są znani i mają duże doświadczenie i rozeznanie w środowisku klubowym. Zdają sobie sprawę, że wśród 80 zdegradowanych nie ma przestępców i wszyscy są godni legitymacji stałego członka. Nadto chłopska logika wskazuje, że w każdym stadku, a zwłaszcza społecznym, wśród osobników chorych znajdują się jednostki, których słabość się nie ima. Tymczasem w Ashfield, arogancki zarząd na czele z prezesem, swoją trzodę traktują jako skażoną epidemią, zarazą nieprawości i całą osiemdziesiątkę skazał na okres próbny. Takich poglądów i decyzji próżno szukać w pół wiekowej historii klubu. Co więcej, że ta negatywna selekcja, a raczej zuchwała manipulacja nie ma na celu interesu klubu. Przedziwna metamorfoza, z samodzielnego działacza wcielić się w rolę prokuratora na rzecz osobnika, którego morale znajdują się pod lupą sądową i społeczną.

Dr Roman Korban

Komentarze

komentarze

About the Author:

WordPress Lightbox Plugin